Skoro już tak ładnie opisujemy piękny maraton w „Pechowicach” dodam również kilka zdań od siebie .
Dzień oczywiście zaczął się radośnie od porannej pobudki o godz 5.45 – i nie to że o tej godzinie specjalnie nastawiam budzik ale stres przedstartowy nie pozwala dospać do poranka haha. Szybka kawa stawia na nogi a następnie Tel do Mariano Italiano z zapytaniem o której przybędzie swoja amfibią. Mariusz standardowo z uśmiechem w głosie wita się – No cześć co tam – będę za 15 min – zrób mi kawę haha – wiec robie lurę bo wiem, że jak Mariusz dostanie parząchę to wszystkich na maratonie prześcignie w tempie Concorda. Po wykonaniu czynności kawowych zabieram mojego dwukołowca „ El Nino” i idę na spotkanie z nieznanym . Razem z Mariuszem zabieramy jeszcze naszego leadera Mr. Rafcio Quick leg i grzejemy do Pechowic .
Droga mija w ciszy i koncentracji oraz maxymalnym skupieniu i przygotowaniu mentalnym do zawojowania kolejnego maratonu. Co jakiś czas patrzę na Mariusza z pewną obawą bo widzę, że się delikatnie świeci – zastanawiam się czy to nie jakieś promieniowanie czy może chłopak najadł się tyle magnezu, że przez najbliższe cztery sezony żaden skurcz go nie złapie. Hehhe Po przyjeździe na parking z daleka wita nas Sztandar Daleko Jeszcze – najlepszej drużyny MTB pod słońcem. Widać zawodników zwartych i gotowych do akcji Anię , Tomka , Mariana i oczywiście naszą Asieńkę która kontroluje nas swoim obiektywem Ni stąd ni z owąd na chwilę przed startem pojawia się Marian z uśmiechem demonstrując zerwany łańcuch – w głowie zadźwięczały mi pierwsze dzwonki które poinformowały mnie, że coś się zacznie . W parę min uporaliśmy się z tym problemem i Marian spokojnie mógł pojechać na sektor number sex jak to mówią za gramnanicą gdzie wraz z Tomkiem obgadali co bu tu zrobić aby na rynku piwa się napić – szczegółów nie znam ale podobno plan jest już opracowany .
Ja jak Tabela kazała ustawiłem się w sowim 5 sektorku przed armią kolarzy i czekam na ten sygnał – czekam i czekam i nagle widzę jak wszyscy wskakują na rowery i gnajjjjjją – o cholera mówię następna razą powinienem iść tam gdzie się nie ścigają ale cóż powiedziało się a to się powiedziało i naciskam na pedały. Pogoda sprzyja ( nie pada ) wiec spokojnie robię podjazd 10 kemów pod górkę. W międzyczasie zauważam, że część sprinterów na 3 km zaczyna mieć objaw lokomotywy parowej pracującej na najwyższych obrotach w kanionie Kolorado. Mówię do siebie – nie będziesz przecież jechał przy sapaczach – włączyłem dwójkę i zaczynam spokojny slalom pomiędzy kolarstwem. Po drodze spotkało mnie błogosławieństwo – w gronie rowerzystów wypatrzyłem lokomotywkę która bardzo płynnie i w dobrym tempie mijała cale towarzystwo – więc jak przystało na dobrego obserwatora zbliżyłem się na odpowiednią odległość by podziwiać jak wspaniale kobieta potrafi wyglądać na rowerze – pełen uznania delektuję się jej techniką podjazdu przez kolejne kilka km po czym Trację ją na pierwszym ze zjazdów – myślę sobie – za szybka jak dla mnie ;)
Pierwszy zjazd okazał się pechowy dla jednego chłopaka – leżał już bez przytomności – cale szczęście wóz medyczny był już na miejscu i chłop z pewnością dostał fachową opiekę medyczną. Po tym wypadku zadzwoniły po raz kolejny dzwonki w mojej głowie i pomyślałem, że mimo iż zjazdy nie są tak ciężkie jak w Polanicy to i tak można się poturbować. Ok. mówię jadę spokojnie i ostrożnie. Jak powiedziałem tak zrobiłem. Z uśmiechem na ustach i z werwą w kulasach połykałem kolejne kilometry aż do momentu kiedy na ostatnim szybkim zjeździe chciałem zrealizować swój sprytny plan zmiany ścieżki jazdy – co mogę powiedzieć –jechałem grzecznie jak na zjazd przystało ponad trzydziechę a tu nagle nie wiem z jakiej to przyczyny ( nie oglądałem się za dziewczynami ) kolo przednie zarzuciło i powiem wam szczerze, że pierwszy raz w życiu poczułem się jak Leonardo Da Vinci ze skrzydłami – POLECIALEM . Lot był długi i ekscytujący niemniej jednak po chwili grawitacja przypomniała o sobie i dość agresywnie ściągnęła mnie na nie powiem kamieniste podłoże pięknego leśnego duktu.
Tu chcę dodać , że dzwony ostrzegawcze zabiły po raz ostatni tegoż maratonu
Hmmm na chwilę straciłem łączność z bazą ale do rzeczywistości przywołał mnie głos – chopie żyjesz???? Pokiwałem głową i od razu ucieszyłem się, że głowa działa poprosiłem kolegę ( nie pamiętam jaki miał numer ale bardzo mu dziękuję ) żeby dał mi chwilę co bym przeanalizował swój stan. Okazało się że rower jest cały Hurrra myślę jest ok. powiedziałem do kolegi – jedź bracie i zacząłem bardziej szczegółowy przegląd- noga się rusza – ręka też więc zbieram bidony, pompkę i wchodzę na bika – uff jadem – powoli i spokojnie ale jadem . Na najbliższym podjeździe stwierdzam fakt -lewy nadgarstek i kciuk nie nadają się do zmiany przerzutki – ok. dam radę – pojadę bez zmian biegów – przecież nie takie rzeczy się robiło – i się robiło dopóty dopóki nie złapały mnie skurcze które ostatnimi czasy zachwalał Mariusz… Pierwszy raz w życiu nie mogłem ruszyć nogą – całe szczęście inny z przejeżdżających uraczył mnie tabletką ( nie była niebieska ) na skurcze z informacja – weź pod język i ssij – w innej sytuacji bym chłopa oskarżył o jakieś niecne zamiary ale teraz grzecznie kiwnąłem głową jak kazali tak zrobili – skurcze po 200 m przeszły.
Reszta drogi minęła już bez przygód nie licząc ciekawych zjazdów po błocie i kamieniach o których pisał Marian. Na tych zjazdach dowiedziałem się, że bycie posiadaczem sprawnych obu nadgarstków jest bezcenne i pomaga w bezpiecznym zjeździe.
Uwierzcie mi że pierwszy raz od dłuższego czasu nie byłem tak szczęśliwy jak zobaczyłem metę naszego wspaniałego maratonu. Po przejechaniu mety i zaklepaniu się u naszych Orełów Mariusza i Rafcia poszedłem do punktu napraw części ludzkich i tam pielęgniarz powiedział mi – Panie do wesela się zagoi …. Odpowiedziałem – zagoi się do następnego maratonu
Pozdrower Qba
Jak to w Piechowicach zjeżdżać się zachciało – by Qba
~ 25 cze 2010 ~
Napisane przez: Mariusz Lisowski
Kategoria: Newsy


Komentarze: 4 do “Jak to w Piechowicach zjeżdżać się zachciało – by Qba”
Zostaw komentarz