Poniedziałek, siedzę na egzaminie jako tzw. członek nadzorujący. Mam papier, długopis, dwie godziny i natchnienie, więc piszę.
Jak mi się zdaje pierwszy dojeżdżam do miejsca startu a tu już flaga DJ? łopocze w oddali. Tomese jak zwykle w komplecie są już na posterunku. Zwiedzam blisko położone krzaki i sławny tunel, woda i błotka troszkę, na szczęście jest on tuż przed metą. Za chwilę dołączają nasi pozostali czyli Rafał, Mariusz i Kuba. Troche chłodno, bacznie obserwuję przyrodę – jest w przeważającej większości w długich rękawkach, wię ja teżtak chcę. Przyroda wie co robi. Jakiś fotoreporter robi nam grupową fotę. Spiker ogłasza “pół godziny do startu”, jadę sprawdzić chipa i sektor startowy a tu już następny pech – zgubiłem łańcuch (pierwszy pech dopadł mnie w Piechowicach w 2008, wówczas nie zabrałem siodełek na wyścig a na samej sztycy nie dało się jechać). Myślę sobie tragedia, następny wyścig z głowy, dostaję sraczki przedstartowej a trzęsącymi łapami nie połącze tego dziadostwa. Trzymając łańcuch w dłoni płaczącym i błagalnym głosem mówię – pomożecie (prawie jak Gierek). Kuba z innymi bez zbędnego słowa nie zważając na przeciwnoiści losu rzucili się do pracy i po kilku minutkach łańcuch cały. Może wytrzyma. Oczywiście, oprucz podziękowań Kuba ma u mnie pierwszy złocisty napój wzmacniający. Za 10 minut start a ja dalej nie wiem z jakiego sektora startować. I tu, znów Kuba mnie wybawia i sprowadza do właściwego sektora. Drugi napój się należy. Jeszcze grzebię przy przednim kółku, licznik nie działa, bo magnesik jest nie po właściwej stronie. Biorę tablety i i łykam jakąś paskudną maź którą dali, napoje – jak prawdziwy zawodowiec i ustawiam się karnie prawie na końcu w 6 sektorze obok Tomka – będziemy kontrolowali. Startuje nasz sektor a my ciągle stoimy bo część luda myśli, że to jeszcze nie pora. Głośne nasze wrzaski “jedź, jedź” trochę nas rozgrzewają. Tomek zaraz gdzieś mi się zawieruszył. Pewnie ma swoje ścieżki. Po ok. 500 m widzę i słyszę pierwszą kraksę z udziałem 3-4 osób. Podnoszą się, więc nie jest najgorzej. Cały czas pod górę (Rafał mówił, że 10 km). Na 3 km doganiam Anię, która jakiś czas jedzie za mną, ale i Ona urywa mi się z ogona (hura – jestem poetą). Myślę sobie, przecież to nie Himalaje kiedyś podjazd się skończy i będzie z górki. Na górze mijam pierwszy bufet, nic od nich nie chcę, robię wynik. I pierwszy zjazd, widzę ktoś leży na poboczu ale ma też już opiekę innych, musiało tu być “gorąco”. Za chwilę mija mnie fachowa pomoc, ostro dają do poszkodowanego. Na 15 km widzę biedaka, który prosi o pompkę. Żal mi się zrobiło i oddałem nie pytając nawet o jego nr. Czy odda? O łańcuchu i ewentualnym kapciu nie myślę, “niech się dzieje ….”. Mijam następną kraksę – nic poważnego tak sądzę. 30 kilometr – po prawej pomiędzy drzewami przebijają się piękne widoczki ale nie ma czasu podziwiać. Jest następny podjazd już nie wiem który i zjazd tym razem po mokrych kamolkach. Od wstrząsów nie mogę złapać ostrości widzenia, ręce drętwieją a kask zsuwa się na czoło. Zaciskam mocno klamki i zastanawiam się czy aby dobrze “nasmarowałem” klocki hamulcowe bo prawie nic nie biorą. Zdaje mi się, że czuję swąt palonej gumy, walcze o życie a tu brzuszysko ciągnie mnie w dół. Czyżbym znów trafił na anomalię grawitacyjną? Pierwszy raz w życiu marzę aby skończył się zjazd. Uff, nareszcie pod górę. Znów wyprzedzają mnie znajome plecy, jadąc z góry ja te plecy wyprzedzam. I tak się dzieje kilka razy. 50 kilometr – jak zawsze o tej porze przypominają sie pierwsze skurcze ale nie poddaję się, pedałuję dajej, przechodzą. Jest dobrze, oby tak do mety. Złudne nadzieje “miszczu”, strzałki kierują w las w singelek do nieba. Ja na butach, a wycinaki – ech, szkoda gadać. I z górki singelek pomiędzy kamolami. Trochę zjeżdżam więcej schodzę ponieważ tu się nie da jechać. Piękna, czarna, śmierdząca maź, kto to wymyślił!! I tak z dwa lub trzy razy, już dobrze nie pamiętam bo wtedy bardzo chciałem do domu. Wreszcie tunel, który pokonuje z buta i krótki sprint do mety. Jest ok. 3 godziny i 50 kilka minut i max ponad 54 km/h. Gdzie wariacie to osiągnąłeś? Oczywiście trójka naszych wycinaków jest już umyta i spakowana ale coś markotna. Po chwili wychodzi na jaw, że Kuba miał paskudną wywrotę na jednym z końcowych zjazdów przy prędkości ..dziści km/h. Twardy z niego zawodnik nie daje po sobie poznać, że boli, ale siniaki i obdarcia same mówią za siebie. Kuba, życzę szybkiego powrotu do pełnej sprawności. Mariusz natomiast pod koniec złapał kapcia. Jak pech to pech. Czekamy na największych twardzieli w DJ?, Anię i Tomka. Znając już te błotka i inne, oczyma wyobraźni widzę ich męki. Zmęczony, decyduję się na powrót do bazy mając jednak wyrzuty, że opuszczam naszych w potrzebie. Ale wiem też, że dadzą radę. Wybaczcie, że nie poczekałem.
Łańcuch wytrzymał (i tu trzeci napój się należy) a pompki oczywiście nie odzyskałem, może trudno było mnie znaleźć a może inna przyczyna?
Kończę już i dam to do cenzury zobaczę, może puści.
Pozdrawiam DJ?
Marian
Ps. Widzę piękny tekścik Mariusza. Czyżby DJ? przemieniało się w kółko literackie?


Komentarze: 2 do “Jak Kuba dzielnie walczył z moim pechem.”
Zostaw komentarz