Już po długim weekendzie i maratonie w Polanicy. Drużyna DJ Wlkp. (sunbiker, kubson) planowała już od czwartku wstępne rozpoznanie okolicy. Niestety aura pozwoliła nam tylko w piątek na mały wypad do Zieleńca. Były kiełbaski z ogniska i piwko, którym uraczył nas Jarek (Gigi). W drodze powrotnej trafił się zjazd smakowity i nic to ze kapcia się złapało. Tak jak byliśmy umorusani to i zadowoleni również. Wiedzieliśmy już jak smakuje górskie błotko.
Te łapane kapcie będą nas prześladować do końca maratonu. Przed startem gwoździe będzie wyciągał z opony samochodu Gigi. Złapie kapcia ja a Grzesiek będzie miał nieszczęście do dwóch trafień.
W sobotę rano na stracie czwarty sektor był dobrze obsadzony przez żółtych. Miałem nadzieje, że na trasie będę widział kontrolnie plecy kolegów. Niestety znowu złapany na pierwszych kilometrach gwóźdź wykluczył mnie z towarzystwa Pawła (sunbiker). Później widziałem jak wyprzedza mnie Marian, potem Ania. Dziękuje wam za chęć pomocy pechowcowi. Po tym nieprzewidzianym postoju wymyślam sobie ze, jeśli mam być na szarym końcu to jadę GIGA w tempie rekreacji. Tylko, co z zapasem na koło?
Niech Opatrzność czuwa.
Trasa, jaka była sami widzieliście. To, co w Polanicy jest szczególne, to, że w większości jest twarde podłożę. Daje się to czasami we znaki, gdy wyrywa rączki z kierownicy. Choć by na tym najdłuższym prostym kamienistym zjeździe. Brakuje widoków do podziwiania, bo w większości w lesie. Ale uważam ze ogólne jest znośnie. A i ten deser na koniec w postaci technicznego zjazdu z Piekielnej Góry. Można by to połknąć z przyjemnością gdyby nie to błotko. Kilka słów niecenzuralnych się tam nie jednemu wyrwało.
Podsumowując. Jazda przez pięć godzin w górach to jednak nie jest aż takie duże wyrzeczenie.
A ta samotna kontemplacja natury na drugiej pętli. Niezapomniane przeżycie ;-)
PS Tak samotnie to nie było. Pozdrawiam zawodniczkę 641 z Dywizji Babek.


Komentarze: 4 do “Maraton w Polanicy, czyli jak się nie zmęczyć”
Zostaw komentarz