[Eric] : relacja po francusku
Znowu w Beskidach. Znowu w Domkach Istebna http://www.domki-istebna.pl/. Tym razem zamiast Aśki i Marcina Eric i Wojtek i przyjazd za późno. Idziemy spać po północy.
O 6:40 budzik. O 7 rano jesteśmy z Erickiem na zapisach.
Pada i ma padać.
Zmieniam klocki w Ogrze na świeże, metaliczne Zite-y.
Starto o 10.
30.5.2013 – Czantoria
Jadę w długich spodniach, bluzie Odlo, z prawdziwą kurtką, czapką, kominiarką, rękawiczkami zimowymi i kołnierzem w plecaku.
Wojtek jedzie Unibikeiem na łysych Saguaro i wyrywa do przodu. Eric zostaje z tyłu. Jest dużo błota. Jadę Ogrem by nie zrobić Epiczkowi Zdzieszowic. Mam zalane 2 dni wcześniej zwykłe, kewlarowe Gato 2,3. 2,0 bara z tyłu, 1,9 z przodu. Na pierwszych zjazdach czuję się jak na rodeo. Kwestią jest ilu da się wyprzedzić. Jadę jak bym strzelał z bicza. Krzyczę „Lewa! Lewa! Lewa! Left! Left! Left!” – o czymś takim opowiadał Mariusz w kontekście jego pierwszych startów Epickiem. Wielki endurowiec w kolorowym stroju jest pod wrażeniem mojej jazdy gdy wymieniamy kilka zdań na podjeździe czy podpychu.
Na podjazdach na małym z przodu pojawiają się chain sucki na mało zjechanej korbie Deore XT FC-M770 – nie polecam. Muszę prowadzić na sztywnych podjazdach. Na 20 km okazuje się, że zerwałem szprychę w tylnym kole. Dogania mnie Eric. Na wodopoju obmywam korbę. Chainsucki trochę ustają. Mogę jechać. Jestem bardzo czujny by nie urwać przerzutki i staram się kręcić na okrągło. Gdy łańcuch jest na małym z przodu, koło trze o przerzutkę – walić to.
Mam problem z sięganiem po batony. Udaje mi się w ekwilibrystyczny sposób wyjmować banany z bocznej kieszonki plecaka Deuter Cross Air Exp przy założonej osłonie przeciwdeszczowej – impossible is nothing.
Na 30km zrywam drugą szprychę. Bicie koła się zmniejsza. Nadal jadę ostrożnie. Na zjazdach jak z jajkiem. Przypomina mi się zdanie wypowiedziane przez pewnego mechanika, lata temu, podczas wyprawy wzdłuż wybrzeża Bałtyku: „Dobra obręcz wytrzyma nawet z dwoma zerwanymi szprychami.”
Na wodopoju z Czeskimi Mechanikami pytam czy jest sens jechać dalej. Mówią, żeby jechać i bez pytania obcinają mi luźne szprychy – zawodowcy. Umawiamy się na wieczór na naprawę.
Rower z naprawy odbieram o 23 zamiast spać. To boli i zostawia ślady.
Wojtek 199 04:51:36
Ja 303 05:32:06 tętno średnie 141
Eric 321 05:42:04
Do mety dojechało 424. Odpadło 3 zawodników.
Czas zwycięzcy, Piotra Brzózki 03:06:10
31.5.2013 – Rysianka
Podobno etap jest skrócony.
Ma nie padać.
Jadę Epickiem, w spodniach 3/4, dwóch podkoszulkach i rękawkach.
Czuję się dobrze. Na asfalcie rwę do przodu i zostawiam Wojtka z tyłu. Erica też. Pierwszy ostrzejszy podjazd asfaltowy, zrzucam bieg i zrywam łańcuch. To moja wina. Gdy pod moim blokiem usiłowałem ściągnąć tylne koło na 142+ w pozycji kołami w dół zrobiłem to nieumiejętnie i nadwyrężyłem łańcuch. Piszą o takich wypadkach w Maratonie z Blatu 2.0. Mija mnie Wojtek, proponuje spinkę na dziewiątkę. Odmawiam, bo mam dziesiątkę. Otwierając podsiodłówkę i wrzucam jedno z pudełeczek po łatkach do rowu. Zbiegam po nie 5 metrów w dół. Mija mnie Eric. Biorę się za skuwanie. Idzie mi źle. Ręce mi się trzęsą. Mijają mnie wszyscy. Jakiś chłopak się zatrzymuje. Pyta co jest. Mówię co i jak, że idzie mi słabo i że jeśli nie zależy mu na czasie, mógłby mi pomóc. Mówi, że jest strzałkowym i mi pomoże. Na 2 playery, nie bez trudu skuwamy łańcuch. Dziękuję mu serdecznie. Ruszamy. Na początku nawet mi ucieka. Mijam ogon ogona. Straciłem pewnie z 20 minut. Ostatnia jest para z Gomoli. Pozdrawiam wszystkich mijanych. Fotograf robi mi serię zdjęć. Na pierwszych zjazdach muszę mówić z góry do sprowadzających że będę to zjeżdżał. Wszyscy elegancko ustępują.
Na trasie zdarzają się ładne widoki.
Bywa, że niosę rower na plecach. Wyprzedza mnie Dunka wyglądająca na ponad 40 letnią gospodynię domową.
Na zjeździe z Rysianki spotykamy rannego Duńczyka. Nie może wstać. Jego kolega już kończy rozmowę przez telefon z GOPR-em. Mówię, że mogę wrócić po Goprowca 500 m w górę. Duńczyk mówi, że nie trzeba, że posyłają pomoc z dołu.
Na wodopoju dziewczyny mówią mi z przerażeniem, że kończy się woda – ludzie za dużo zużyli jej na mycie napędów. Jeden z nalewaczy rusza po nią busem.
Przed dość trudnym zjazdem w strumieniu z luźnymi kamieniami jadę z dwójką Niemców. Jeden ma fulla XC nas dużych kołach, drugi enduraka na małych. W strumieniu jadę pierwszy. Rozluźniam się, jadę płynnie i szybko. Na końcu strumienia jest ze mną tylko 29erowiec. Właściciel enduraka został z tyłu.
Końcówka jest jak trasa do mety czwartego etapu Trophy 2012. Dużo lepiej niż rok temu jadę zjazdy w bardzo śliskim błocie. W pewnym momencie przekozaczam i walę w błoto na prawo. To jedyne moje całkowite przyziemienie na Trophy. Na szczęście zrywam tylko jeden zaczep numeru.
Na mecie Eric pyta mnie co się stało.
Wojtek 146 06:12:36
Ja 247 07:02:43 tętno 131 ale przez 1,5 h zapis był wyłączony
Eric 328 08:02:39 (jasny gwint!)
Czas zwycięzcy, Piotra Brzózki 04:08:22
Dojechało 385, odpadło 20 zawodników.
Kolejka na masażach jest dużo większa niż dzień wcześniej. Tracę w niej jakąś godzinę.
—————————————————————————-
Po 22 przyjeżdżają Dorota i Mateusz.
Znowu idę spać po północy.
Chwyta mnie przeziębienie. Mam zawalone gardło. Biorę dwie aspiryny i Cholinex.
1.6.2013 – Racza
Ma padać. Jadę ubrany jak pierwszego dnia. Ruszamy z Wojtkiem’. Eric zostaje z tyłu. Na asfalcie wiodącym na Zaolziankę jedziemy dość mocno. Mija mnie prawą jakiś Polak i lekko trąca. Krzyczę „KURWA!”. Odwraca się i mówi, „Patrz jak jedziesz!”. Wojtek’ głośno „Heniu, stuknąć go?”. Dojeżdża go gościa i coś do niego mówi. Potem dowiaduję się, że powiedział, żeby się zatrzymał, to mu wytłumaczy jak się jeździ. Gość ucieka do przodu. Tak działa stado. To w koszykarskim stylu.
Podjazdy robią się bardziej strome. Krzyczę do Wojtka’ „Dla mnie za szybko. Do zobaczenia na mecie.”
Powoli mija mnie Radosław Szymborski – Scalpelowiec jadący Orbeą HT na małych kołach. Robimy żółwika. Mówi, że Cannonik pożegnał się wczoraj – poszła blokada Leftyego i coś jeszcze. Mimo to nie brakuje mu humoru.
Na podjeździe przed Ochodzitą widzę gościa z Twomarku jak grzebie przy rowerze. Zatrzymuję się i mówię „Czegoś ci nie trzeba? Jeden z was dał mi śruby do bloków w Złotym Stoku.” Mateusz mówi, że to był on. Ma rozciętego Fast Tracka pod bezdętki, nie ma pompki i ma problem z założeniem dętki przy wentylu. Trzęsą mu się ręce. We dwóch z trudem zakładamy oponę. Strzelamy moim nabojem. Zadziałało. Wsiada i odjeżdża.
W międzyczasie minął nas Eric.
Podjeżdżam pod Ochodzitę. Mijam szeroki ogon. Na zjedzie prawie wszyscy sprowadzają. Nie chcę stresować jadącego przede mną gościa. Mówię mu jak jechać i zjeżam za nim, jego tempem.
Na chyba pierwszym bufecie zakładam kurtkę, bo zaczyna padać. Gadam chwilę z dziewczynami z wodopoju. Kojarzą mnie i pytają jak się dziś jedzie. To bardzo miłe. Czescy Mechanicy odpowietrzają komuś hamulce – niewiarygodne. Jest z nimi, nie wiadomo skąd, czysta Dunka w cywilnym stroju. Namawiam ją by mi nasmarowała łańcuch. Robi to.
Podjazd na Raczę jest inny niż rok temu i w dużej części wjeżdżalny. Na szczycie Raczy pytam turystów czy to Wielka Racza. Jeden z zawodników, co akurat się zatrzymał mówi, że tak. Robi się zimno. Jest mniej błota niż rok temu. Nie wiem jak to możliwe. Większość zjeżdżam. W zeszłym roku spychałem. Dopiero po dłuższym zjeździe zakładam czapkę – błąd.
Na grzbiecie jest dużo noszenia.
Jeszcze nigdy nie miałem tak zabłoconego napędu. Gdy chcę wsiąść na rower, okazuje się, że łańcuch spadł z zębatek do środka. Nie widzę go, ani trybów. Muszę zmacać je ręką. Udaje się bez problemu. Wsiadam i jadę. Sram wymiata. Pod koniec dnia tylna przerzutka czasem przeskakuje, a przednia działa be zarzutu, mimo że jej nie widać z pod błota.
Cały dzień tasuję się z dwoma Czechami. Jeden jedzie Scalpelem 29, drugi hard tailem na małych kołach. Nie rozjeżdżają się.
Dopiero na ostatnim wodopoju doganiam Erica. To świadczy o mojej formie w tym dniu. Eric zjeżdża od razu. Otwieram podsiodłówkę by wyjąć Rohllofa. Patrzę na łańcuch. Jest tak zabłocony, że smarowanie nie ma sensu. Przy próbie zamknięcia podsiodłówki łamię drugi uchwyt zamka błyskawicznego. Pierwszy złamałem kiedyś wcześniej. Biorę od nalewaczy worek na śmieci, ładuję do niego podsiodłówkę, wszystko do plecaka i jazda.
Na wodopoju mówią, że zostały jeszcze 22 km. To wychodzą 72 km, a trasa miała być skrócona do 64 km. Licznik nie działa mi już drugi dzień. Nikt nie wie ile do końca. Wjeżdżamy na trasę maratonu w Istebnej. Wpycham to, co zawsze tam wjeżdżałem. Zawsze było sucho. Na asfaltach mija nas czeskie auto. Potem nie puszcza na zjeździe. Dochodzi nas paru gości co nie zjeżdżali tak szybko jak my. Mijamy auto we dwóch i się odrywamy. Na zjeździe po płytach tak stromym, że dałem dupę za siodło dochodzi nas 5 gości i przestrzeliwują zakręt. Nie doganiają mnie przez to aż do mety. Sprowadzam słynny zjazd z maratonu w Istebnej. Meta.
Eric już jest na mecie i pyta mnie co się stało.
Dzwonię do Doroty, że już jestem. Mówi, że już wszystko gotowe. Zjadam błyskawicznie makaron i jadę na kwaterę. Wojtek’ jest już wykąpany. Biorę prysznic i od razu zjadam porządny obiad. Nie muszę wciągać gainera. Dzięki Dorota!
Od razu idę na masaże, a Dorota bierze się za mój rower.
Na masażach jeszcze większa kolejka niż dzień wcześniej. Przychodzą ludzie z dekoracji, ale są po mnie. Mam zatkany nos. Masażysta pyta mnie podczas masażu czy żyję. Czuję się strasznie. Ochrzania mnie, że nie rozciągnąłem się na mecie. Dobrze robi mi plecy.
W kwaterze zjadam jeszcze coś. Rower mam zrobiony przez Dorotę. Sprawdzam tylko klocki. Nie trzeba zmieniać – „Nothing comes close to Shimano”.
Marcin Dykas posyła mi SMS-em informacje, że trasa będzie jutro skrócona do 46 km i raport pogodowy – dzięki Satary!
Idę spać o 22:30.
Wojtek’ 190 06:24:51
Eric 255 07:22:49
Ja 264 07:28:43 tętno 121
Czas zwycięzcy, Adriana Brzózki 03:47:26
Dojechało 333, odpadło 20 zawodników.
2.6.2013 – Klimczok
Mniej się boję niż rok temu. Korzenie śnią mi się dopiero nocą z wtorku na środę PO. Śni mi się, że jadę Cannondalem, że jest mokro, dużo pchania i że się śpieszę.
Etap jest skrócony do 46 km i 1800 m w pionie.
Ma nie padać. Jadę jak drugiego dnia, tylko mam z sobą torbę na pasku z lekką przeciwdeszczówką, czapką i nogawkami.
Ruszamy spokojnie. Wojtek’ powoli mi odjeżdża. Jadę mocno. Eric był za nami i nie pojawia się do mety. Na sztywnych podjazdach wyprzedzam ludzi. Pierwszy raz na tym Trophy dochodzę Kasię Galewicz z Twomarku. Boli ją dziś brzuch.
Na stromym, luźnym zjeździe wszyscy sprowadzamy. Żałuję, bo sam bym to zjeżdżał.
Mijam Niemca, co jedzie z zakrwawioną twarzą. Mówię rozpoznawczo, że ma krew na mordzie (zapomniałem jak jest po niemiecku policzek – die Wange, die Backe). Odpowiada sensownie, więc jadę dalej.
Mijam maszerującego, rannego Adama Venutto Bielewalda. Ma rozwalona klamę od Avida. Zagaduję do niego kontrolnie. Mówi, że ma dziurę w kolanie. Nie wiem, że to Adam, więc mówię mu, że spokojnie dojdzie do 19.
Mijam Ewę Rebane Sodowską z Twomarku. Zagaduję ją o urwany przez nią 2 dni wcześniej pedał XTR.
Spotykam zmieniającego oponę Radka Szymborskiego. Pyta czy mam działająca pompkę. Daję mu moją Lezyne i pokazuję jak działa.
Pojawiają się szybkie zjazdy drogami dla traktorów – dla mnie to esencja Beskidów. Dobrze się na nich czuję, ale jadę bardzo ostrożnie. Mija mnie trójka zawodników, w tym Ewa. Ktoś krzyczy „Dajesz! Dajesz!” potem dowiaduję się, że to był Jarek Wójcik, rocznik 1960 – Half Man Half Amazing – tym razem na Trophy byłem przed nim chyba tylko raz przez kilka kilometrów.
Przejeżdżamy przez jakąś zaporę. Potem jest asfaltowy podjazd pod rezydencję prezydenta. Kawałek jedzie ze mną dziewczyna z Gomoli na kolarce. Śmieję się, że wyprzedzam ją na fullu pod górę. Odpowiada „I to po czterech dniach!”. Po paru minutach mi odjeżdża na stojaka. Na asfalcie mija mnie z 5 osób. Dochodzi mnie Cathy Zeglinski, zwyciężczyni K4 w ciekawym, różowym stroju z flagami kanadyjskimi – niczym koszulka lidera Giro d’Italia. Była za mną tylko dlatego, że pomyliła trasę. Jedziemy razem i rozmawiamy. Ma fulla Rocky Mointain na małych kołach. Mijamy Gomolowców, co stoją przy drodze i mówią, że zostały tylko 4 kilometry. Nie mogę w to uwierzyć. Na zjazdach jadę bardzo ostrożnie, co nie znaczy że wolno, bo jednocześnie nie chcę blokować Cathy. Przy przyspieszeniach wstaję z siodełka – my tu gadu gadu, ale przecież zawsze chcę być jak najwyżej. Meta. Walę na stojaka, by mieć pewność, że Cathy mnie nie minie. Na mecie oczywiście podajemy sobie ręce.
Dostaję Koszulkę. Wojtek’ przyjeżdża niedługo po mnie. Miał glebę i jest trochę pokiereszowany. Na szczęście to nic poważnego. Po jakimś czasie przyjeżdża też Eric. Również leżał. Krwawi z kolana ale to powierzchowne.
Wojtek’ mówi, że miał taką wenę na zjazdach, że kroił wszystkich. Jeden z mijanych zawodników jadący na fullu na dużych kołach podsumowuje to zwracając się do kolegi „Widzisz kurwa? Hard tailem można!“
Przyjeżdża też Martin März – kolega z zeszłego roku. Tylko dziś byłem przed nim. Jechał Triggerem 1 Cannondale-a. Mówi, że jest dużo lepszy niż jego zeszłoroczny Stumpjumper FSR 29er – opcja do rozważenia. Ale kto by mi lefty-ego robił? Żałuję, że nie spytałem go o tylna zawiechę a teraz nie mam jak go znaleźć.
Ja 153 03:39:23 Tętno 129
Wojtek’ 198 03:50:21
Eric 244 04:13:38
Czas zwycięzcy, Piotra Brzózki 02:22:08
Dojechało 325 zawodników. Odpadło 7.
Generalka:
Ja 221 23:42:56
Eric 259 25:21:11
Wystartowało 427, ukończyło 314, odpadło 113 zawodników.
Koniec.
Podsumowanie i wnioski
Ogrem też można.
Gato bez dętek tył przód robi robotę.
Hamulce R1/RX na klockach Zeita mniej piszczą niż na oryginalnych i nie powodują wibracji klamek. Nie są takie złe na dwa palce.
Hamulce XT rządzą.
Napęd Srama wymiata.
Trzeba wozić spinkę do łańcucha i umiejętnie manipulować przy tylnym kole.
Wichu doskonale przeserwisował Braina.
Nauka techniki popłaca.
Ćwiczenia siłowe pomogły na zjazdach. Na koniec etapów mogłem glebić przez przekozaczanie, a nie przez osłabienie obręczy barkowej jak w zeszłym roku.
Bezdętki rządzą.
Brak wystarczającego czasu na treningi daje efekty w wynikach jak widać.
Pewnie gdybym pojechał pierwszy etap Epickiem, miałbym pół godziny więcej na regenerację i byłbym trochę wyżej. Ale mogłem skończyć jak Radek na Orbei.
Pomoc Doroty i 1,5 h snu więcej niż zwykle przeniosły mnie o 111 miejsc z dnia na dzień. By poprawić wyniki w etapówkach muszę na nich więcej spać. Jak to zrobić? Trzeba mieć kogoś do pomocy.
W tej chwili nie planuję Trophy za rok. Chyba że jako soigneur Doroty i Mateusza.
Gratuluję Ericowi koszulki. Szacun! http://vimeo.com/26101837#t=4m33s
Dziękuję:
Ericowi i Wojtkowi za transport i towarzystwo.
Dorocie za 24 miejsca w generalce wyżej w jeden dzień.
Strzałkowemu za pomoc przy łańcuchu. I tak tego pewnie nie przeczyta.
Aśce i Marcinowi za farelkę, raport pogodowy i dobre życzenia.
Wojtkowi Wirkijowskiemu z mądre rady i klucz do piast.
Rolandowi za stojak.

























