Złotego Stoku jeszcze nie jechałem…
Mimo wstępnych kłopotów udało mi się znaleźć transport. Na zawody zawiozła mnie Kasia Sowa – ścisła czołówka dystansu mega – Facebook działa!
Przed startem spotkałem Kubsona i Marka Huka i razem ustawiliśmy się w ostatnim sektorze, bo nie jechaliśmy Murowanej Gośliny.
Po starcie nie widziałem już ani Marka ani Kubsona aż do mety. Na początkowych podjazdach szutrowych nie wyprzedzałem tylu ludzi, ilu bym chciał. Potem był jeden bardzo stromy zjazd na którym facet jadący przede mną zsiadł z roweru. Przez to i mnie rura zmiękła i sprowadziłem. W tym momencie przemknęło koło nas z pięciu, co bardzo podkopało mi morale. Czułem się jak Gary Paton pod koniec tej reklamy
www.youtube.com/watch?v=hGGZB0FSox4#t=0m57s
W dodatku na punkcie pomiarowym Czesi powiedzieli mi, że jestem 93. A chciałem być w pierwszej połowie. :-(
Na jednym zjeździe na początku wyścigu pożyczyłem pompkę gościowi, co miał problem. Powiedział, że zużył nabój CO2, dwóch kolegów z teamu przejechało koło niego i mieli już pompki pożyczone innym. Mnie kiedyś gość pomógł w Poznaniu jak mi Topeak nie zadziałał, więc mu dałem.
Nie przeszkadzało mi to jednak ładować ile miałem siły. Puls na początku przekraczał 170, potem nie spadał poniżej 150: nie było tragedii.
Trasa była dość nudnawa: szuter w górę, szuter w dół, czasem wąski. Jechało mi się źle. Podczas jedzenia batona energetycznego prawie zjadłem zatyczkę do hamulców Shimano XTR. Od 35km chciałem już do domu (trasa miała 77km).
Powoli wyprzedzałem kolejnych zawodników. W końcu przyszedł zjazd po telewizorach z Borówkowej. Wyprzedziłem na nim może 2 gigowców dzięki przewadze technologicznej. Jeszcze nigdy nie jechałem po aż takich wertepach. Gdyby zjazd był trochę dłuższy, wyrwało by mi kierę z ręki – mam chyba źle ustawiony amortyzator. Muszę coś z nim zrobić.
Już wtedy mijałem megowców. Na ostatnim bufecie doszedłem jadącego mega Pawła Trojanowskiego – nie wiedziałem, że w ogóle jest w Złotym Stoku. Na tym bufecie chłopcy z obsługi z własnej inicjatywy wyciągali kolarzom bidony z koszyków do napełnienia. Gdyby nie oni, to pewnie bym swojego nie napełnił, bo byłem pod takim wrażeniem telewizorowego zjazdu. Super robota!
Na ostatnich szybkich zjazdach wyprzedziłem jednego pana z Eski i gościa z Whirlpoola koło którego jechałem kawał pierwszej części trasy, a który odskoczył mi na bufecie – tak to jest jak się ma silnik benzynowy jak ja :-/.
W końcu meta. Na mecie nie mogłem chodzić przez ponad pół godziny, bo miałem za mocno ściśnięte buty i bolały mnie zewnętrzne części obu stóp – jak w Obiszowie rok temu. Nie mogłem się rozciągnąć, bo łapały mnie skurcze. Więc położyłem się na plecach i… zadzwoniłem do Mateusza zdać relację.
Byłem 71 na 166 co ukończyło. Zmieściłem się jednak w pierwszej połowie. W czasie trwania wyścigu jak zwykle posuwałem się do przodu w klasyfikacji: full mniej męczy.
Na mecie razem z Pawłem poczekaliśmy na Marka i Kubsona, którzy przyjechali… trochę później. Pierwszy raz w życiu pokonałem Marka. To może być przełomowy dzień w mojej karierze :).
A Kasia była trzecia wśród kobiet na mega. Poszło jej słabo, bo parę dni temu potłukła się na zjeździe w Beskidach.
Na mecie gość od pompki oddał co pożyczył i okazał się być Kamilem Dziedzicem – prowadzącym Otwarte Treningi MTB Wrocław. To przez założoną przez niego stronę udało mi się znaleźć transport. „Co rzucisz za siebie znajdziesz przed sobą” ZAWSZE działa.
Ogólnie impreza super, choć przez większość trasy czułem się strasznie.
Paweł stwierdził, że szkoda, że nasza drużyna tak rzadko jeździ prawdziwe maratony i się z nim całkowicie zgadzam.
Michał







http://www.baragool.pl
http://www.dalekojeszcze.pl
http://www.rybczynski-team.pl
http://www.sharks.pl


Najnowsze komantarze