Beskidy Trophy 2013

[Eric] : relacja po francusku ;)

Znowu w Beskidach. Znowu w Domkach Istebna http://www.domki-istebna.pl/. Tym razem zamiast Aśki i Marcina Eric i Wojtek i przyjazd za późno. Idziemy spać po północy.
O 6:40 budzik. O 7 rano jesteśmy z Erickiem na zapisach.
Pada i ma padać.
Zmieniam klocki w Ogrze na świeże, metaliczne Zite-y.
Starto o 10.

2036_s2rsls1_1228

DSC05558

DSC05563

DSC05574

DSC05587

DSC05592

DSC05596

DSC05608

DSC05604

DSC05577

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

30.5.2013 – Czantoria
Jadę w długich spodniach, bluzie Odlo, z prawdziwą kurtką, czapką, kominiarką, rękawiczkami zimowymi i kołnierzem w plecaku.
Wojtek jedzie Unibikeiem na łysych Saguaro i wyrywa do przodu. Eric zostaje z tyłu. Jest dużo błota. Jadę Ogrem by nie zrobić Epiczkowi Zdzieszowic. Mam zalane 2 dni wcześniej zwykłe, kewlarowe Gato 2,3. 2,0 bara z tyłu, 1,9 z przodu. Na pierwszych zjazdach czuję się jak na rodeo. Kwestią jest ilu da się wyprzedzić. Jadę jak bym strzelał z bicza. Krzyczę „Lewa! Lewa! Lewa! Left! Left! Left!” – o czymś takim opowiadał Mariusz w kontekście jego pierwszych startów Epickiem. Wielki endurowiec w kolorowym stroju jest pod wrażeniem mojej jazdy gdy wymieniamy kilka zdań na podjeździe czy podpychu.
Na podjazdach na małym z przodu pojawiają się chain sucki na mało zjechanej korbie Deore XT FC-M770 – nie polecam. Muszę prowadzić na sztywnych podjazdach. Na 20 km okazuje się, że zerwałem szprychę w tylnym kole. Dogania mnie Eric. Na wodopoju obmywam korbę. Chainsucki trochę ustają. Mogę jechać. Jestem bardzo czujny by nie urwać przerzutki i staram się kręcić na okrągło. Gdy łańcuch jest na małym z przodu, koło trze o przerzutkę – walić to.
Mam problem z sięganiem po batony. Udaje mi się w ekwilibrystyczny sposób wyjmować banany z bocznej kieszonki plecaka Deuter Cross Air Exp przy założonej osłonie przeciwdeszczowej – impossible is nothing.
Na 30km zrywam drugą szprychę. Bicie koła się zmniejsza. Nadal jadę ostrożnie. Na zjazdach jak z jajkiem. Przypomina mi się zdanie wypowiedziane przez pewnego mechanika, lata temu, podczas wyprawy wzdłuż wybrzeża Bałtyku: „Dobra obręcz wytrzyma nawet z dwoma zerwanymi szprychami.”
Na wodopoju z Czeskimi Mechanikami pytam czy jest sens jechać dalej. Mówią, żeby jechać i bez pytania obcinają mi luźne szprychy – zawodowcy. Umawiamy się na wieczór na naprawę.
Rower z naprawy odbieram o 23 zamiast spać. To boli i zostawia ślady.

Wojtek 199 04:51:36
Ja 303 05:32:06 tętno średnie 141
Eric 321 05:42:04
Do mety dojechało 424. Odpadło 3 zawodników.
Czas zwycięzcy, Piotra Brzózki 03:06:10

31.5.2013 – Rysianka

Podobno etap jest skrócony.
Ma nie padać.
Jadę Epickiem, w spodniach 3/4, dwóch podkoszulkach i rękawkach.
Czuję się dobrze. Na asfalcie rwę do przodu i zostawiam Wojtka z tyłu. Erica też. Pierwszy ostrzejszy podjazd asfaltowy, zrzucam bieg i zrywam łańcuch. To moja wina. Gdy pod moim blokiem usiłowałem ściągnąć tylne koło na 142+ w pozycji kołami w dół zrobiłem to nieumiejętnie i nadwyrężyłem łańcuch. Piszą o takich wypadkach w Maratonie z Blatu 2.0. Mija mnie Wojtek, proponuje spinkę na dziewiątkę. Odmawiam, bo mam dziesiątkę. Otwierając podsiodłówkę i wrzucam jedno z pudełeczek po łatkach do rowu. Zbiegam po nie 5 metrów w dół. Mija mnie Eric. Biorę się za skuwanie. Idzie mi źle. Ręce mi się trzęsą. Mijają mnie wszyscy. Jakiś chłopak się zatrzymuje. Pyta co jest. Mówię co i jak, że idzie mi słabo i że jeśli nie zależy mu na czasie, mógłby mi pomóc. Mówi, że jest strzałkowym i mi pomoże. Na 2 playery, nie bez trudu skuwamy łańcuch. Dziękuję mu serdecznie. Ruszamy. Na początku nawet mi ucieka. Mijam ogon ogona. Straciłem pewnie z 20 minut. Ostatnia jest para z Gomoli. Pozdrawiam wszystkich mijanych. Fotograf robi mi serię zdjęć. Na pierwszych zjazdach muszę mówić z góry do sprowadzających że będę to zjeżdżał. Wszyscy elegancko ustępują.
Na trasie zdarzają się ładne widoki.
Bywa, że niosę rower na plecach. Wyprzedza mnie Dunka wyglądająca na ponad 40 letnią gospodynię domową.
Na zjeździe z Rysianki spotykamy rannego Duńczyka. Nie może wstać. Jego kolega już kończy rozmowę przez telefon z GOPR-em. Mówię, że mogę wrócić po Goprowca 500 m w górę. Duńczyk mówi, że nie trzeba, że posyłają pomoc z dołu.
Na wodopoju dziewczyny mówią mi z przerażeniem, że kończy się woda – ludzie za dużo zużyli jej na mycie napędów. Jeden z nalewaczy rusza po nią busem.
Przed dość trudnym zjazdem w strumieniu z luźnymi kamieniami jadę z dwójką Niemców. Jeden ma fulla XC nas dużych kołach, drugi enduraka na małych. W strumieniu jadę pierwszy. Rozluźniam się, jadę płynnie i szybko. Na końcu strumienia jest ze mną tylko 29erowiec. Właściciel enduraka został z tyłu.
Końcówka jest jak trasa do mety czwartego etapu Trophy 2012. Dużo lepiej niż rok temu jadę zjazdy w bardzo śliskim błocie. W pewnym momencie przekozaczam i walę w błoto na prawo. To jedyne moje całkowite przyziemienie na Trophy. Na szczęście zrywam tylko jeden zaczep numeru.
Na mecie Eric pyta mnie co się stało.

Wojtek 146 06:12:36
Ja 247 07:02:43 tętno 131 ale przez 1,5 h zapis był wyłączony
Eric 328 08:02:39 (jasny gwint!)
Czas zwycięzcy, Piotra Brzózki 04:08:22
Dojechało 385, odpadło 20 zawodników.

Kolejka na masażach jest dużo większa niż dzień wcześniej. Tracę w niej jakąś godzinę.
—————————————————————————-
Po 22 przyjeżdżają Dorota i Mateusz.
Znowu idę spać po północy.
Chwyta mnie przeziębienie. Mam zawalone gardło. Biorę dwie aspiryny i Cholinex.

1.6.2013 – Racza

Ma padać. Jadę ubrany jak pierwszego dnia. Ruszamy z Wojtkiem’. Eric zostaje z tyłu. Na asfalcie wiodącym na Zaolziankę jedziemy dość mocno. Mija mnie prawą jakiś Polak i lekko trąca. Krzyczę „KURWA!”. Odwraca się i mówi, „Patrz jak jedziesz!”. Wojtek’ głośno „Heniu, stuknąć go?”. Dojeżdża go gościa i coś do niego mówi. Potem dowiaduję się, że powiedział, żeby się zatrzymał, to mu wytłumaczy jak się jeździ. Gość ucieka do przodu. Tak działa stado. To w koszykarskim stylu.
Podjazdy robią się bardziej strome. Krzyczę do Wojtka’ „Dla mnie za szybko. Do zobaczenia na mecie.”
Powoli mija mnie Radosław Szymborski – Scalpelowiec jadący Orbeą HT na małych kołach. Robimy żółwika. Mówi, że Cannonik pożegnał się wczoraj – poszła blokada Leftyego i coś jeszcze. Mimo to nie brakuje mu humoru.
Na podjeździe przed Ochodzitą widzę gościa z Twomarku jak grzebie przy rowerze. Zatrzymuję się i mówię „Czegoś ci nie trzeba? Jeden z was dał mi śruby do bloków w Złotym Stoku.” Mateusz mówi, że to był on. Ma rozciętego Fast Tracka pod bezdętki, nie ma pompki i ma problem z założeniem dętki przy wentylu. Trzęsą mu się ręce. We dwóch z trudem zakładamy oponę. Strzelamy moim nabojem. Zadziałało. Wsiada i odjeżdża.
W międzyczasie minął nas Eric.
Podjeżdżam pod Ochodzitę. Mijam szeroki ogon. Na zjedzie prawie wszyscy sprowadzają. Nie chcę stresować jadącego przede mną gościa. Mówię mu jak jechać i zjeżam za nim, jego tempem.
Na chyba pierwszym bufecie zakładam kurtkę, bo zaczyna padać. Gadam chwilę z dziewczynami z wodopoju. Kojarzą mnie i pytają jak się dziś jedzie. To bardzo miłe. Czescy Mechanicy odpowietrzają komuś hamulce – niewiarygodne. Jest z nimi, nie wiadomo skąd, czysta Dunka w cywilnym stroju. Namawiam ją by mi nasmarowała łańcuch. Robi to.
Podjazd na Raczę jest inny niż rok temu i w dużej części wjeżdżalny. Na szczycie Raczy pytam turystów czy to Wielka Racza. Jeden z zawodników, co akurat się zatrzymał mówi, że tak. Robi się zimno. Jest mniej błota niż rok temu. Nie wiem jak to możliwe. Większość zjeżdżam. W zeszłym roku spychałem. Dopiero po dłuższym zjeździe zakładam czapkę – błąd.
Na grzbiecie jest dużo noszenia.
Jeszcze nigdy nie miałem tak zabłoconego napędu. Gdy chcę wsiąść na rower, okazuje się, że łańcuch spadł z zębatek do środka. Nie widzę go, ani trybów. Muszę zmacać je ręką. Udaje się bez problemu. Wsiadam i jadę. Sram wymiata. Pod koniec dnia tylna przerzutka czasem przeskakuje, a przednia działa be zarzutu, mimo że jej nie widać z pod błota.
Cały dzień tasuję się z dwoma Czechami. Jeden jedzie Scalpelem 29, drugi hard tailem na małych kołach. Nie rozjeżdżają się.
Dopiero na ostatnim wodopoju doganiam Erica. To świadczy o mojej formie w tym dniu. Eric zjeżdża od razu. Otwieram podsiodłówkę by wyjąć Rohllofa. Patrzę na łańcuch. Jest tak zabłocony, że smarowanie nie ma sensu. Przy próbie zamknięcia podsiodłówki łamię drugi uchwyt zamka błyskawicznego. Pierwszy złamałem kiedyś wcześniej. Biorę od nalewaczy worek na śmieci, ładuję do niego podsiodłówkę, wszystko do plecaka i jazda.
Na wodopoju mówią, że zostały jeszcze 22 km. To wychodzą 72 km, a trasa miała być skrócona do 64 km. Licznik nie działa mi już drugi dzień. Nikt nie wie ile do końca. Wjeżdżamy na trasę maratonu w Istebnej. Wpycham to, co zawsze tam wjeżdżałem. Zawsze było sucho. Na asfaltach mija nas czeskie auto. Potem nie puszcza na zjeździe. Dochodzi nas paru gości co nie zjeżdżali tak szybko jak my. Mijamy auto we dwóch i się odrywamy. Na zjeździe po płytach tak stromym, że dałem dupę za siodło dochodzi nas 5 gości i przestrzeliwują zakręt. Nie doganiają mnie przez to aż do mety. Sprowadzam słynny zjazd z maratonu w Istebnej. Meta.
Eric już jest na mecie i pyta mnie co się stało.
Dzwonię do Doroty, że już jestem. Mówi, że już wszystko gotowe. Zjadam błyskawicznie makaron i jadę na kwaterę. Wojtek’ jest już wykąpany. Biorę prysznic i od razu zjadam porządny obiad. Nie muszę wciągać gainera. Dzięki Dorota!
Od razu idę na masaże, a Dorota bierze się za mój rower.
Na masażach jeszcze większa kolejka niż dzień wcześniej. Przychodzą ludzie z dekoracji, ale są po mnie. Mam zatkany nos. Masażysta pyta mnie podczas masażu czy żyję. Czuję się strasznie. Ochrzania mnie, że nie rozciągnąłem się na mecie. Dobrze robi mi plecy.
W kwaterze zjadam jeszcze coś. Rower mam zrobiony przez Dorotę. Sprawdzam tylko klocki. Nie trzeba zmieniać – „Nothing comes close to Shimano”.
Marcin Dykas posyła mi SMS-em informacje, że trasa będzie jutro skrócona do 46 km i raport pogodowy – dzięki Satary!
Idę spać o 22:30.

Wojtek’ 190 06:24:51
Eric 255 07:22:49
Ja 264 07:28:43 tętno 121
Czas zwycięzcy, Adriana Brzózki 03:47:26
Dojechało 333, odpadło 20 zawodników.

2.6.2013 – Klimczok

Mniej się boję niż rok temu. Korzenie śnią mi się dopiero nocą z wtorku na środę PO. Śni mi się, że jadę Cannondalem, że jest mokro, dużo pchania i że się śpieszę.
Etap jest skrócony do 46 km i 1800 m w pionie.
Ma nie padać. Jadę jak drugiego dnia, tylko mam z sobą torbę na pasku z lekką przeciwdeszczówką, czapką i nogawkami.
Ruszamy spokojnie. Wojtek’ powoli mi odjeżdża. Jadę mocno. Eric był za nami i nie pojawia się do mety. Na sztywnych podjazdach wyprzedzam ludzi. Pierwszy raz na tym Trophy dochodzę Kasię Galewicz z Twomarku. Boli ją dziś brzuch.
Na stromym, luźnym zjeździe wszyscy sprowadzamy. Żałuję, bo sam bym to zjeżdżał.
Mijam Niemca, co jedzie z zakrwawioną twarzą. Mówię rozpoznawczo, że ma krew na mordzie (zapomniałem jak jest po niemiecku policzek – die Wange, die Backe). Odpowiada sensownie, więc jadę dalej.
Mijam maszerującego, rannego Adama Venutto Bielewalda. Ma rozwalona klamę od Avida. Zagaduję do niego kontrolnie. Mówi, że ma dziurę w kolanie. Nie wiem, że to Adam, więc mówię mu, że spokojnie dojdzie do 19.
Mijam Ewę Rebane Sodowską z Twomarku. Zagaduję ją o urwany przez nią 2 dni wcześniej pedał XTR.
Spotykam zmieniającego oponę Radka Szymborskiego. Pyta czy mam działająca pompkę. Daję mu moją Lezyne i pokazuję jak działa.
Pojawiają się szybkie zjazdy drogami dla traktorów – dla mnie to esencja Beskidów. Dobrze się na nich czuję, ale jadę bardzo ostrożnie. Mija mnie trójka zawodników, w tym Ewa. Ktoś krzyczy „Dajesz! Dajesz!” potem dowiaduję się, że to był Jarek Wójcik, rocznik 1960 – Half Man Half Amazing – tym razem na Trophy byłem przed nim chyba tylko raz przez kilka kilometrów.
Przejeżdżamy przez jakąś zaporę. Potem jest asfaltowy podjazd pod rezydencję prezydenta. Kawałek jedzie ze mną dziewczyna z Gomoli na kolarce. Śmieję się, że wyprzedzam ją na fullu pod górę. Odpowiada „I to po czterech dniach!”. Po paru minutach mi odjeżdża na stojaka. Na asfalcie mija mnie z 5 osób. Dochodzi mnie Cathy Zeglinski, zwyciężczyni K4 w ciekawym, różowym stroju z flagami kanadyjskimi – niczym koszulka lidera Giro d’Italia. Była za mną tylko dlatego, że pomyliła trasę. Jedziemy razem i rozmawiamy. Ma fulla Rocky Mointain na małych kołach. Mijamy Gomolowców, co stoją przy drodze i mówią, że zostały tylko 4 kilometry. Nie mogę w to uwierzyć. Na zjazdach jadę bardzo ostrożnie, co nie znaczy że wolno, bo jednocześnie nie chcę blokować Cathy. Przy przyspieszeniach wstaję z siodełka – my tu gadu gadu, ale przecież zawsze chcę być jak najwyżej. Meta. Walę na stojaka, by mieć pewność, że Cathy mnie nie minie. Na mecie oczywiście podajemy sobie ręce.
Dostaję Koszulkę. Wojtek’ przyjeżdża niedługo po mnie. Miał glebę i jest trochę pokiereszowany. Na szczęście to nic poważnego. Po jakimś czasie przyjeżdża też Eric. Również leżał. Krwawi z kolana ale to powierzchowne.
Wojtek’ mówi, że miał taką wenę na zjazdach, że kroił wszystkich. Jeden z mijanych zawodników jadący na fullu na dużych kołach podsumowuje to zwracając się do kolegi „Widzisz kurwa? Hard tailem można!“
Przyjeżdża też Martin März – kolega z zeszłego roku. Tylko dziś byłem przed nim. Jechał Triggerem 1 Cannondale-a. Mówi, że jest dużo lepszy niż jego zeszłoroczny Stumpjumper FSR 29er – opcja do rozważenia. Ale kto by mi lefty-ego robił? Żałuję, że nie spytałem go o tylna zawiechę a teraz nie mam jak go znaleźć.

Ja 153 03:39:23 Tętno 129
Wojtek’ 198 03:50:21
Eric 244 04:13:38
Czas zwycięzcy, Piotra Brzózki 02:22:08
Dojechało 325 zawodników. Odpadło 7.

Generalka:
Ja 221 23:42:56
Eric 259 25:21:11
Wystartowało 427, ukończyło 314, odpadło 113 zawodników.
Koniec.

Podsumowanie i wnioski

Ogrem też można.
Gato bez dętek tył przód robi robotę.
Hamulce R1/RX na klockach Zeita mniej piszczą niż na oryginalnych i nie powodują wibracji klamek. Nie są takie złe na dwa palce.
Hamulce XT rządzą.
Napęd Srama wymiata.
Trzeba wozić spinkę do łańcucha i umiejętnie manipulować przy tylnym kole.
Wichu doskonale przeserwisował Braina.
Nauka techniki popłaca.
Ćwiczenia siłowe pomogły na zjazdach. Na koniec etapów mogłem glebić przez przekozaczanie, a nie przez osłabienie obręczy barkowej jak w zeszłym roku.
Bezdętki rządzą.
Brak wystarczającego czasu na treningi daje efekty w wynikach jak widać.
Pewnie gdybym pojechał pierwszy etap Epickiem, miałbym pół godziny więcej na regenerację i byłbym trochę wyżej. Ale mogłem skończyć jak Radek na Orbei.
Pomoc Doroty i 1,5 h snu więcej niż zwykle przeniosły mnie o 111 miejsc z dnia na dzień. By poprawić wyniki w etapówkach muszę na nich więcej spać. Jak to zrobić? Trzeba mieć kogoś do pomocy.
W tej chwili nie planuję Trophy za rok. Chyba że jako soigneur Doroty i Mateusza.

Gratuluję Ericowi koszulki. Szacun! http://vimeo.com/26101837#t=4m33s

Dziękuję:
Ericowi i Wojtkowi za transport i towarzystwo.
Dorocie za 24 miejsca w generalce wyżej w jeden dzień.
Strzałkowemu za pomoc przy łańcuchu. I tak tego pewnie nie przeczyta.
Aśce i Marcinowi za farelkę, raport pogodowy i dobre życzenia.
Wojtkowi Wirkijowskiemu z mądre rady i klucz do piast.
Rolandowi za stojak.

Cross-Duathlon Żyrowik

Słychałem o „Cross-Duathlon Żyrowik” rok temu podczas gadanie na koniec cross-triatlon Terratlon. Jakieś facet mi mówił o to i google pomógł mi na resztę. MTB i bieganie, co może być lepiej? Dodatkowa motywacja kiedy kumpel Julen z Hyszpanii mi twierdził, że jeśli jadę na pewno razem będziemy. To był trochę blisko Trophy no ale trudno (julen jechał z nami Biały Kościół rok temu i zapłacił w pakiecie starty DJ – chociaż nie korzystał w okazjii BM Zdzieszowice). Oba z nami zapisaliśmy się pod nazwą „Daleko Jeszcze ?”.

„Cross-Duathlon Żyrowik” jest lokalny ogórek które składa się jak 3km bieg górski, 10km rower, jeszcze raz 3km bieg górski i 10km rower i na koncu 3km. Co ciekawe trasa pętly była trochę tak jak miniatura BM Zdzieszowice zawierając najciekawsze „górskie” części przez wzgórze Świętej Anny.
Wiedziałem że będzie trudno pokonać Julen: biegnie znacznie szybciej (w okazii Wrocławskie Dychy biegał 40mn, mój życiówki na 10 jest 44mn) i nawet jeśli mam mała przewaga na rowerze nie wystarczy dogonić go.
Mimo tego że 50 osoby się zapisali bylismy około trzydzieści uczestnicy na startu – w nimi sam organizator ! Numery byli bardzo kolorowy, trochę jak dla jakaś gay-parade.

Gadając w samochodzie mówiłem Julena że miałem czuczenie, patrząc na liście startowej, że z powodu flagi chyba będą ciekawy dlaczego jesteśmy i nam poznać. Nie pomyliłem się. Był TVN Województwo Opolskie i zostaliśmy „interwiewowane” ! „A kiedy landowaliście ?” nawet ktoś pytał. A do pytanie „mówicie po Polsku ?” odpowiadałem „Ah, nie, ja tylko po Oksytańsku i kolega po Basku !”
Start był nadane wszyscy ruszyli bardzo szybko do przodu. Nie chciałem zacząć za szybko, bo to była ogromna stromna pagórka i moje serce lubi to średnio. Ale Julen bez problem. Ludzie mineli się po punkcie powrót i się zaczął zbieg. Z nowu nie chciałem przesadzać bo nie dawno miałem „awaria” ze stawami w kolanie. Skakałem na rower i już do boju. Czułem od razu jak powrotem w Złotym Stuku i robiłem trochę porządek wyprzedzając kilka osób. Droga pod gorę była stroma, potem jazda obok autostrady A4, i w końcu pyszne zjadzy. Goniłem Julen w momencie kiedy wjechaliśmy w strefie zmiane.
Drugi bieg był bardzo trudno bo chyba za mocno konczyłem rower aby go dogonić. Z nowu Julen mi zostawił w bieganie, i powrotem na doł ktoś mi prawie dogonił, ale udało mi się skakać na rower wystarczając szybko.



Powtarzałem pętla zupełnie sam, nie wyprzedzaniąc nikogo. Ale również mocno pedalowałem aby ktoś chyba gonić i przede wszystkim budować wystarczając zapas dla trzeci bieg ktore na pewno będzie wyczerpujące. W tym razu nie udało się gonić Julen, ale widziałem go biegając na doł, zdobył pozycję i już był piątej. Okazał się że ostro walczył z szóstym podczas rower, i załatwił go sprawę na ostatni bieg. Ja nie widziałem nikogo grożąc za mną i biegałem po raz ostatni na doł spokojnie aby nie marnować kolana przed Trophy. Konczyłem w siódmej pozycji.
Po biegu, okazał się że nagrody zostali zaplanowane według kategorie wieku, i zastanowaliśmy czy jeden z nami byłby na podium.
Okazał się że oba z nami byłi zaproszone ! Julen był trzeci w kategorie M20 i ja drugi w M30 (po zwycięzcy proszę :) ) Czułem to trochę nie fair bo Julen miał lepszy wynik. Jeszcze raz mnostwo pytań od organizatorów, i jeszcze raż zostaliśmy zaproszone na podium dla dyplom „Miłośnicy Polski” !
Mimo tego że mało zawodników było, byliśmy bardzo dumni z tym: było bardzo widać że pierwsze piętnaście osób pochodzą z mikrokosmosu triatlonowy-biegowe-rowerowe, i ostro walczyiśmy, szególnie Julen.
Zupa była pyszna, wiele gadżetów w pakiecie startowe, i nawet parada koni w strojach napoleońskich (hehe). W Żyrowej jest wspaniały pałac ze stadniny koni, polecam zwiedzić przes okazii. Amatorska impreza bardzo udana, trochę przypominając wyscig rowerowe w Białym Kościół rok temu. Gratulacje dla mieszkanców Zyrowy ! Więcej zdjęć TU i TU i TU.


[Eric]Wewnętrzna rywalizacja w „Daleko Jeszcze ?” nigdy nie była tak intensywna niż podczas ostatniej zimy, i do dziś nie było mniej niż 4 lub 5 kandydatów w tytułu „faworyta” na sezon 2013. Bieganie, pływanie, wiosłowanie, spinning, a czasem nawet prawdziwe rower zostały wykorzystane do zdalnego wyzwanie między każdego z nas, kontach Endomondo pośredniczących. Muszę jednak powiedzieć, że w ciągu ostatnich tygodniach, z powodu kontuzję w kolanie, musiałem trochę hamować aktywność, czas kiedy koledzy robili to odwrotnie, szczególnie Wojtek, który wziął udział w grupowanie zimowe w Hiszpanii (i ewentualnie w Krecie).
Przełożone terminy maratonów z powodu późnej zimy doprowadziły do ​​Złotego Stoku planowane na niedzielę, co pozwoliło mi uczestniczyć w tym wydarzeniu, do mojej wielkiej radości, ponieważ jest doskonałym miejscem jeszcze nie próbowane w ramie maratony, i również nie zbyt techniczne.

font color=”green”>[Wojtek]Stawiliśmy się w tym roku w całkiem mocnej obsadzie na maratonie w Złotym Stoku. Szkoda tylko że nie było nas więcej!
Największy sukces odniósł kolega Krzysztof Mąkol – zajął drugie miejsce w kategorii na Mini. To chyba pierwsze pudło kogokolwiek z drużyny u Golonki! Jedno trzeba przyznać – po raz kolejny organizacja maratonu przez ekipę Grześka Golonki była po prostu perfekcyjna. Na nic nie można było narzekać. Osobny start dystansów, rozsądne sektory, dużo makaronu na mecie, dobrze oznakowana trasa itp. Reszcie poszło również całkiem dobrze ;-)

[Michał]Przy zapisach grupowych (odebrałem numer startowy sobie, Wojtkowi, Ericowi, Piotrkowi z Im-Motion, Dorocie i Mateuszowi) poznałem Piotrka Berdzika – najlepszego gigowca w Im-Motion (jak Mikołaj Jurkowlaniec jedzie mega ;-) )

font color=”green”>[Wojtek]Ustawiliśmy się na starcie w liczbie czterech :-) Michał, Mateusz, Eric i Wojtek. Czekał nas dystans Giga, najlepsze co może być, najtrudniejszy dystans w najtrudniejszej serii maratonów w Polsce :-) Po spokojnym starcie byliśmy umówieni że będziemy jechać razem, jednakże jak zwykle nic z tego nie wyszło :-) pierwsze kilometry jechałem pierwszy, bardzo spokojnie i równo, koło trzymał Mateusz, a z kilometra na kilometr Eric z Michałem zostawali coraz dalej.

[Michał]Zacząłem spokojnie, bo dzień wcześniej byłem treningowo na Ślęży w ramach przygotowań do Trophy no i grałem mecz w koszykarskiej lidze amatorskiej – wiedziałem, że kondycyjnie szału nie będzie.
U mnie to był pierwszy start w nowych barwach. Gdy Dorota zobaczyła mnie po raz pierwszy w stroju Im-Motion, powiedziała „Wyglądasz jak inny człowiek.”. Mateusz powiedział na to „I jeździ jak inny człowiek”. Coś w tym jest… zjazdy.
Wojtek pisze „byliśmy umówieni że będziemy jechać razem” – to musiał być jakiś team order Daleko Jeszcze za moimi plecami – nic takiego do mnie nie dotarło :-D .
Wojtek wyrwał do przodu, Mateusz za nim. Puściłem ich i jechałem w swoim tempie. Eric jechał mi na kole.

[Eric]Jak zwykle, nie chciałem zacząć za szybko, zwłaszcza tu, gdzie najdłużej pochyłość czekał na nas tuż po starcie. Zawsze mam problemy z szybkimi startami. Więcej, czułem nieco nadęty po zjedzeniu ostatni batonik zbożowy i duży łyk wody. Mimo tego udało mi się wjechać za koło Michała, gadając do każdej możliwej znajomości jak walczyłem z oddychaniem i tempie… Wojtek powiedział, że chciał jeździć razem, ale znając go wiedziałem że to było tylko teoria, a ostatni raz widziałem go trochę powyżej jak się pojawiło ostry zakręt…

font color=”green”>[Wojtek]Po pierwszym zjeździe z Jawornika gdzie udało mi się uniknąć korków i zjechać go w szybkim tempie, straciłem kontakt z kolegami. Kilka razy obejrzałem się po dłuższych prostych czy nie będzie ich widać, miałem tak dobry humor i dobrze mi się jechało, oglądałem przepiękne widoki, że chętnie bym pojechał ze znajomkami, wszak jedziemy fajny maraton, a nie ścigamy się o złote kalesony ;-) Ale kolegów nie było, więc jechałem swoje. Bardzo pilnowałem tętna, wiedziałem że 2,5km w pionie i ok 76km to dystans niebagatelny, tym bardziej że to pierwszy maraton w 2013 roku.

[Michał]Na podjeździe na Jawornik dogoniłem kolegów z Eclipse Bike Tires i zamieniłem z nimi kilka słów. Powoli zbliżyłem się do Mateusza. Postanowiłem go wyprzedzić, by być przed nim na zjeździe z Jawornika. Tak też zrobiłem mówiąc „Chcę być przed tobą na zjeździe”. Mateusz na to „Ja muszę być przed tobą na zjeździe.” no i mnie odprzedził. Postanowiłem nie iść na noże i kontynuowałem rozmowę z Eclipse Bike Tires. Akurat pojawił się Paweł Wilk na jego nowym Canyonie. Tak dyskutując minąłem Mateusza. Potem był zjazd. Najsłabsza z dziewczyn z Twomarku zeszła z roweru. Dało się ją minąć. Przyblokował mnie jeden zawodnik, przed nim i za mną się wyczyściło i udało mi się go minąć dopiero gdy ścieżka się poszerzyła. Poczułem, że mam luz w prawym pedale, postanowiłem to sprawdzić na prostej drodze i było jak podejrzewałem: zgubiłem jedną śrubę z bloku który dzień wcześniej przykręcałem. Musiałem zdjąć but i wyszarpać go z pedała. Blok i druga śruba zostały w pedale. Minął mnie Mateusz i Ania Świrkowicz. Żadne z nich nie miało zapasowych śrub do pedałów :) . Ruszyłem dalej z jednym niewpiętym pedałem. Zastanawiałem się co zrobić. O dziwo dało się jako tako jechać. Byłem nawet bliski wyprzedzenia jednego gościa na szutrze w dół. Przepracowałem wszystko w głowie i zatrzymałem się żeby wydobyć blok z pedała. Zgodnie z moimi przewidywaniami zgubiłem przy tym drugą śrubę. Pojechałem dalej z blokiem w podsiodłówce. Po krótkim czasie zobaczyłem zawodnika z Twomarku idącego pod prąd trasy. Powiedział, że połamał koło i idzie do Złotego Stoku. Poprosiłem go o śruby do bloków. Zgodził się pożyczyć. Jego śruby miały trochę inny kształt niż moje, ale pasowały. W czasie gdy przykręcałem blok minął mnie Królik – endurowiec, kolega ze studiów i spytał czy czegoś mi nie trzeba. Doceniam to. Powiedziałem sobie „Teraz to ja jestem Sprite” i ruszyłem w dalszą drogę ucieszony, że mogę ukończyć wyścig bezpiecznie. Przed pierwszą matą wyprzedziłem kilkunastu zawodników. W tym Królika. Spytałem go czy nie widział gdzieś Erica w rowie – nie widziałem go by mnie wyprzedzał, gdy miałem defekt i bałem się, że się gdzieś rozwalił. Królik nigdzie Erica nie wypatrzył.

[Eric]Wreszcie pojawił się szczyt wzgórza i zjazd. Michal, które już zajęło mi kilka metrów zniknął, bo jest znacznie szybszy w zjazdach. Część duktu z koleinami pojawił się, które bardzo źle przewidywałem i negocjowałem, straciłem jeszcze więcej czasu. Później pojawiły się jeszcze bardzej techniczne fragmenty i zjechałem w dół ostrożnie. Wszystkie kolegów z drużyny były pewnie już daleko i zacząłem pogodzić się z faktem, że nie będę żadnego z nich widać ponownie aż do mety. Jednak, widziałem kilka zawodnicy zatrzymane na boku z powodu problemy techniczne (w większości kapci), a wydawało mi się że w pewnym momencie, rozpoznałem koszulkę IM-Motion… Nie byłem pewien bo patrzyłem gdzie jadę…

Później, kolejne wzgórze się pojawili, i czułem dużo lepiej, tętno było dobrze i czułem się coraz silniejszy. Nagle, na rogu jakieś stromy wąski fragment, zauważyłem żółtą koszulkę Mateusza, walcząc z rowerem i pijąc wody. Ta sytuacja przypomina mi trochę finał Uphill Śnieżka rok temu. Jechaliśmy trochę razem, i pytałem jak daleko był Michał: „Co ty, nie widziałeś go na boku ? Awaria ma.” Widziałem że Mateusz przeszedł trudny okres i latałem dalej. „No i teraz jestem drugi”, myslałem. Czas załatwić konto Wojtka, mówiłem do siebie, nadal zapamiętąc o Uphill Śnieżka… Nie udało się ale nie myślałem że wydarzenia naprawdę dali mi taką szansę…

font color=”green”>[Wojtek]Przy około 28 kilometrze, gdy tak naprawdę dopiero porządnie się rozgrzałem, przy w sumie prostym zjeździe po szutrowo-kamienistym odcinku, złapałem kapcia w tylnym kole… zdecydowanie moje Saguaro zakończyły karierę maratonową i zostały już sprzedane i pora na nowe opony. Mleko niestety nie zakleiło a powinno – dziurka była pośrodku bieżnika na 1-2mm maksymalnie. Doświadczenie takie – mleko musi być świeże i najwyższej jakości. Niestety mleko miałem z butelki, która stała całą zimę… Wyjąłem wynalazek w postaci Geax PIT STOP – taki mały spraj z gazem i mlekiem-pianką.. niestety również nie zakleiło, opona napompowała się i przez dziurkę wypsikało całą fontannę pianki. Wyglądała jak do golenia. Wiem że więcej ok. 40zł na to nie stracę. Próbowałem wielu metod, uciskania, kręcenia kołem, trzymania dziury na dole, na górze, nawet próbowałem jechać – powietrze po prostu zeszło. Założyłem dętkę, wyjąłem nabój CO2, wkręciłem w pompkę, i kolejny problem – pompka zapieczona.. użyłem siły i nabój napompował ledwo może na 1,5 bara a pompeczka malutka oj malutka, dobiłem do może 1,8 bara i w drogę – 50km zrobiłem na praktycznie pół kapciu ;-) Ale udało się, a drugiej dętki nie miałem. Magdalena Sadłecka tego samego dnia przeszła to samo co ja na innym maratonie – mleko nie zakleiło, PIT STOP również, ona dodatkowo połamała pompkę podczas pompowania :-)

[Michał]Jechało mi się ciężko i cieszyłem się na zjazdy, bo wiedziałem, że na nich łatwiej mi redukować dystans do kolejnych zawodników. Na nieprzyjemnym zjeździe do Orłowca (Luźne kamienie w liściach. Cholera wie, co w nich jest.) Wyprzedziłem kolejnego zawodnika, potem Mateusza, który elegancko mnie puścił. W krótkiej rozmowie dowiedziałem się, że Eric jest przed nami – ulga. Przy przejeździe przez strumień doszedłem Jarka Wójcika – kolegę z Trophy. Zaraz potem był wodopój. Doszedł mnie na nim Mateusz i dalej ruszyliśmy razem. Teraz patrzę, że to 50km – myślałem, że było to dużo wcześniej. Mateusz wytrzymał może z 2 km i powoli został z tyłu. W międzyczasie zatrzymałem się i pożyczyłem pompkę Markowi Kaczmarkowi, numer 1720, Sklep Rowerowy BIKE-FINGER. Musiałem go potem szukać googlem. Przeprosił mnie serdecznie. Powiedział, że zgubił moją pompkę, Zażyczyłem sobie zwrotu kasy przelewem. Zgodził się i do teraz nie mam kasy (stan na 0:15 24 maja 2013) Ot taka dygresja.

font color=”green”>[Wojtek]Zajęło mi to kupę czasu na usunięcie awarii, byłem w tak dobrym nastroju, pogoda była super, jechało się super, do mety jeszcze 50km, na pewno jeszcze zdążę się zmęczyć, myślałem że zaraz koledzy się pojawią, w sumie liczyłem na to że moglibyśmy pojechać dalej razem. Ale mimo straconych spokojnie ponad 10 minut minęło mnie tylko kilkanaście osób z Giga. Dziwne, nie jechałem mocno.. moim zdaniem koledzy jechali bardzo zachowawczo pierwsze kilometry. Szkoda że nie mamy w takim samym formacie .GPX, więc nie ma jak porównać naszych czasów i kilometrów, dodatkowo ja nie mam międzyczasu w wynikach, Mateusza w ogóle nie ma w wynikach ;-) dziwne.
Po usunięciu awarii ruszyłem dalej. Jechało mi się super, jednakże jak zwykle mnie odtleniło, przegapiłem kompletnie dwa bufety a było całkiem gorąco. Uratowały mnie zapasy w kieszonce ;-) wypiłem dwa żelki dość płynne więc OK, wypiłem shota z magnezu (i tak mnie złapały skurcze pod koniec ;-) ) i jechałem w poszukiwaniu bufetu bo w bidonach pusto ;-) W końcu jakoś na 47 km pojawił się bufet gdzie wypiłem dwa kubeczki z Poweradem, napełniłem jeden bidon i ruszyłem w dalszą drogę.

[Eric]Czując się jeszcze lepiej, walczyłem jeszcze, ale Wojtek nigdy nie się pojawił. „Eric, relaks”, mówiłem do siebie, przypomnając sobie również katastroficzne zjazdy w początku. Połowie dystansu zbliżył się, i przyszedł długą część asfaltu w okolicach Lądka Zdroju. Korzystałem ten moment aby jesć kilka batonik zbożowy i pić desery di picia dla dzieci. Przyjaciele się śmiali, ale mimo tego że nie mają tyle kalorii niż te w Decathlon lub na Allegro, dali mi trochę siły.
Ale to nie wystarczyło, oprócz zwykle męczenie od wysiłek czułem również niezwykły ból mięśni w nogach. Nie dość kilometrów na rowerze w tym roku… Wybrałem łatwiejsza zębatka na przerzutki aby sobie trochę zaoszczędzić podczas długie drugie półowe.
Wiele osób, które jechały do tej pory blisko zdystansowali mnie i innych złapał mnie od tyłu. Podczas jednego długo wjazd do Borówkowej, usłyszałem znajomy głos za mną…

[Michał]Zaczął się długi, szutrowy podjazd w rejon Borówkowej. W oddali zobaczyłem Erica. Pilnowałem się by się nie podpalić, ale mimowolnie przyspieszyłem. Tętno skoczyło mi do w porywach 156. Doszedłem i minąłem Erica. Według niego bardzo szybko. Znałem trasę i wiedziałem, że zaraz będzie szybki, szutrowy zjazd, na którym odskoczę. Tak też zrobiłem. Potem było skrócenie trasy spowodowane odpustem w Lutyni. Tylko przez ułamek sekundy zerknąłem w prawo na piękny widok – musiałem skupiać się na zjeździe. Zaczął się podjazd na Borówkową. Wiedziałem, że jeśli dojadę na szczyt przed Erickiem, to już mnie nie dojedzie. Chyba, że się gdzieś rozwalę. Powoli doszedłem Jarka Wójcika, który nie traci czasu na wodopojach. Podziwiałem jak płynnie i spokojnie pokonuje kolejne korzenie swoim 29-erem ze sztywnym tyłem. Płynął jak by jechał fullem. To dzięki takiej jeździe dokopał mi na Trophy 2h. Na Borówkowej w najtrudniejszym momencie skręciłem w lewo, jak wszystkim radziłem. Spotkałem akurat kolegę z Planji, co zjeżdża wybitnie słabo (sam to potwierdza). Najtrudniejsze 10 m zniosłem rower. Nie miałem weny na trialowe wyczyny. Potem ładnie się rozpędziłem i dziabnąłem jakieś 8 osób. Niektórych nawet nie musiałem prosić o puszczenie mnie – słychać mnie było z daleka. Między innymi wyprzedziłem Anię Świrkowicz. Minąłem ją z prędkością wyższą o jakieś 10 km/h. Kiedyś Lary Zębatka pisał o czymś takim. Takie rzeczy dzieją się również w drugiej połowie stawki :) . Ludzie narzekali na wyboje, zmęczenie rąk. Wojtek zmieniał palce przy hamowaniu. Ja nie musiałem nic zmieniać i specjalnie się nie zmęczyłem. Może dlatego, że mało używałem hamulców i spędziłem zimę w siłowni. Rower też mi na zjeździe nie przeszkadzał.

font color=”green”>[Wojtek]Zjazd z Borówkowej to jest poezja, zjechałem go całego, jak na mnie mega szybkim tempem. Tak w 3/4 zjazdu moje palce już miały dość, hamuję tylko jednym palcem, więc zmieniałem to z jednego palca to na drugiego ;-) Ale na dole tego zjazdu stwierdziłem że kompletnie nie potrzebuję ani tarcz 180 (mam 160), ani roweru typu full, frajda była niesamowita :-) Ciśnienie w kołach też na pewno mocno pomogło, z przodu miałem programowo troszkę poniżej 2 barów, z tyłu mimo że dętka to 1,8 bara i po prostu cała Borówkowa to był jeden wielki Flow.

Jakiś ziomek mnie ostrzegał w sektorze, i mówił tez to Michał, żeby na dole Borowkowej jechać z lewej strony przy głazie wielkości samochodu. Nie wiem jak to się stało ale tak w połowie zjazdu stwierdziłem że przygotuję się do tego i zacząłem obierać lewą stronę ścieżki, w końcu zjazd się skończył i po prostu nie widziałem żadnego głazu, chociaż w jednym momencie było gorąco, na mój gust najechałem na dropa ok 50cm, ale lądowanie było gładkie na przednie koło – polecam też wszystkim odbicie amortyzatora ustawić na stronę żółwia – amorek tak nie wystrzeliwuje w kosmos ;)

[Eric]Koniec jazdy była bardzo męcząca, szczególnie grzbiecie graniczne na Borówkowej, gdzie nienegocjowanie z korzeniami, w połączeniu z następującymi zjazdów technicznych, prawdopodobnie pogłębiali moje spóźnienie do moich kolegów. Ale ostatnia ściana i perspektywy do jazdy dopiero tylko w dół aż do Złotego Stoku dopingowali mnie. Ostatnie fragmenty nie były bardzo techniczne i amortyzacja naprawdę dało mi przewagę. To pozwoliło mi gonić powrotem kilka osób. Przekroczyłem linię mety, opóźnione od około 15mn i 30min po Michała i Wojtka. Nie jest tak źle biorąc pod uwagę ilość kilometrów w tym roku…

[Michał]Na koniec zajazdu był bufet po którym wyprzedziłem znowu Anię, co jak zwykle na wodopoju się nie zatrzymała. Przed wyścigiem zakładałem, że jeśli będę przed nią, to formę mam dobrą – w pełni sił jestem z reguły 20-30 minut przed nią. Na sztywnych podjazdach już się nie oszczędzałem i wjechałem jedną ściankę, którą na objeździe trasy z Dorotą i Mateuszem wprowadziłem. Zaczęły się szutry w dół do mety. Nagle natknąłem się na modyfikację trasy względem zeszłego roku – gładki, stromy zjazd. Dupa za siodło i gaz. Wyprzedziłem znowu najsłabszą dziewczynę z Twomarku – kolejny raz zsiadła na stromiźnie. Na dalszych szutrach pościgałem się z otyłym megowcem, co bardzo ładnie zjeżdżał szutry i musiałem minąć go sprintem na stojaka na jakimś wypłaszczeniu. Nie dał jednak za wygraną i cisnął za mną. Kiedy nagle minęliśmy grupę 20 przechodniów, przestałem dokręcać i go puściłem – nie warto było ryzykować wypadku by pokazać kto ma dłuższego.

font color=”green”>[Wojtek]Ostatnie dwie ścianki przed metą musiałem niestety prowadzić, mimo że próbowałem jechać, złapały mnie skurcze w czworogłowym, chwila rozciągania i butowanie. Ale butowanie kompletnie inne niż jeszcze w zeszłym sezonie… Butowanie np w Wiśle oznaczało umieranie, maszerowanie na skraju ustania na nogach. A tutaj wiedziałem że podejdę kilkaset metrów szybkim tempem (podobnie jakbym jechał na młynku..) po czym na pierwszym wypłaszczeniu wsiadłem na rower i pognałem dalej.

Na ostatnich szutrowych zjazdach na pewno trochę straciłem, spiker w sektorach ostrzegał że ten szuter jest zdradliwy i można wylecieć. Nie chciałem ryzykować, mając flaka z tyłu nosiło dość mocno, a po 5h walki z trasą wolałem stracić nawet kilka pozycji w Open niż ryzykować, nawet nie dokręcałem. Okazało się że kolejne osoby z Giga jechały dość daleko za mną wobec czego spokojnie dojechałem do mety w towarzystwie megowiczów. Po dłuższej chwili i zjedzeniu makaronu (pycha) pojawił się Michał który również miał problemy sprzętowe i miał mega fuksa że ktoś pożyczył mu śruby do bloków w butach (cud!).

[Michał]Ogólnie wyścig udany, tylko takich defektów nie powinno w ogóle być. Już drugi raz sam się spowolniłem przez zły, własnoręczny serwis roweru. Pierwszy raz Wojtek był przede mną. Mozolne treningi i przygotowywanie się pod wyścig przyniosły rezultaty. Dzięki Wojtkowi dowiaduje się, że są słowa takie jak „tapering” :) . Gratulacje.
Przed wyścigiem zakładałem, że będę przed Erickiem, a z Mateuszem będzie na noże. Tak więc cieszy, że dojechałem przed nimi mimo defektu.
Na zjazdach w końcu mam bilans dodatni. I to dwucyfrowy. Obym tylko nie przegiął. W Istebnej był na zero: dwóch mnie wyprzedziło, dwoje wyprzedziłem.
Średnie tętno 143. Na Trophy będę jechał jeszcze spokojniej. Ciekawe co to przyniesie w generalce…

font color=”green”>[Wojtek]Teraz pozostało już spokojnie przygotowywać się do kolejnych maratonów. Tak mi się spodobało że planuję przejechać jak najwięcej maratonów Giga u Golonki w tym roku – jest frajda!

[Eric]Zastanawiam się teraz kto między Michał i Wojtek, beż kapci, beż awarie i beż treningi na Ślęza dzień wcześniej, jest najlepszy. Między czasie, ustawiłem taki zakład : jesli Wojtek wygra z nami w Trophy, jadę Bike Maraton Wrocław w garniturze i krawata :)

Wiosna nie spieszy się i jeszcze mamy prawie miesiąc aż do do pierwszych maratonów, więc proponuję następną lekcję w języku angielskim ;)

——————

This year, the MTB events of the Powerade-Garmin series are geographically split in two, with those before the summer break in the Sudetes (western mountains of Poland), and the rest, after August, in the Beskids (Carpathians, more east in Poland). For me and all Wroclawians, from the transports point of view, being close to the Sudetes represents an advantage, just like the others are too remote, especially when we can’t stay overnight (despite we afforded ourseleves a little whim with Wisła). (więcej…)

redakcja
Dodałem kilku osobom uprawnienia Redaktor w naszym serwisie. Oznacza to, że zwiększa się liczba osób mogących pisać newsy na naszej stronie.
Bardzo gorąco zachęcam do tego.
Jeśli ktoś chciałby coś czasem napisać a nie wiedzieć dlaczego nie dałem mu tego uprawnienia proszę o kontakt ze mną i szybko poprawimy ten błąd ;)

Witajcie

Jako że nieuchronnie zbliża się rozpoczęcie sezonu tradycyjnie trzeba się spotkać i omówić różne kwestie (zgodnie z tradycją). W tym roku postanowiliśmy że spotkanie odbędzie się w lokalu Malwiny i Sebastiana przy ul. Głównej 102a http://www.restauracjamalwa.pl/ .

Rezerwację mamy od godz. 19 do ostatniego Gościa (lub pierwszego autobusu nocnego linii 245 do miasta). Kuchnia czynna będzie do godz.  22, bar dłużej.

Zapraszamy (ale każdy płaci za siebie).

pzdr Mariusz

„Daleko Jeszcze ?” posiada małe biegowe oddział, do którego niedawno udało się kierować z sukcesem nowego członka w osobie Wojtka, zawsze w poszukiwaniu zimowych trenowaniach wszelkiego rodzaju.
W momencie kiedy biegamy jako trening, dlaczego nie reprezentować DJ również na lokalnych wydarzeniach? Więc Sezon 2013 rozpoczął w niedzielę z małym wyścigiem 12km w Żórawinie, w ramie WOŚP, „lokalny ogórek”, jak nazwał to Wojtek na endomondo :) Kolejne gość w zespole był Adam, z moich sąsiadów. (więcej…)

To już trochę nieaktualnie, ale myślałem, że trochę w tym sezonie trzeba wymarzyć się o wysokie temperatury…
Zapraszam do kolejnej lekcji angielskiego :)

——————

„Looks like it’s gonna rain heavily”, we concluded a week before, discussing on facebook. However, the weather forecast changed gradually during the following days, leaving place to a plain full sun, and a temperature up to 30°C !
- „Shall we do it ?”. After all, holidays have begun, I am a free man. I cancelled too many bike events during the previous weeks due to lack of time.
- „I probably found a transportation to Wisła. Eric, please confirm as soon as you can.” told be Wojtek.
There was also the opportunity to join for cheap, following the withdrawal of a member from „Daleko Jeszcze ?” who had bought a package.
Despite the sequels of Karpacz less than a week ago, and a bad cold that lasted the few following days, I confirmed. Let’s be fool !

The gem of the Beskids
The Beskids (więcej…)

Witam,

organizuję wstępnie ekipę do przeprowadzenia badań wydolnościowych we Wrocławiu. Można ściągnąć na badania wydolnościowe firmę Diagnostix (diagnostix.pl) i przy wiekszej ilosci osob cena moglaby byc atrakcyjna. Badania wydolnosciowe we Wroclawiu na AWF kosztuja az 400zl, w Diagnostix mogloby byc sporo taniej. O sensownosci zrobienia badan wydolnosciowych polecam poczytac na stronie Diagnostixa, szczegolnie dla amatorow.

Wstepnie zalatwiam tez przeprowadzenie badan we Wrocławiu w jednej ze znanych sieci Fitness Clubów (z indoor cycling), wówczas z ich klientami mozna by zgromadzic wieksza gromade chetnych co mogloby wplynac znaczaco na obnizke ceny. Wstepny termin badania do okolice poczatku grudnia. Badanie trwa 45-60 minut i moze byc na wlasnym rowerze (w trenazerze), na ich rowerze ,na indoor cycling albo biezni.

W kazdym badz razie. Zbieram liste chetnych osob. Im wiecej chetnych tym bedzie taniej. Proponuje wpisywac sie tutaj badz do mnie na maila wwa@itmaxi.com

Pozdrawiam
Wojtek

Jako że wycieczka na zakończenie sezonu za nami – a właściwie za mną napiszę Wam co straciliście. Ze względu na nieobecność Andrzeja wyjazd utracił status wycieczki ŻnK

Ci co byli długo będą wspominać to jak wcześniej pisałem przełomowe wydarzenie. I tak na wyjazd zdecydowali się: dyrektor Sport Profit Piotr z kierownikiem sprzedaży (lub serwisu) Maćkiem, dyr. Aventura Sport Bartek z kierownikami sprzedaży Krzysztofem i Łukaszem oraz dyr. finansowy Daleko Jeszcze? czyli Ja. Początek wycieczki przypominał trochę plan Show Szymona Majewskiego „Mamy Cię” – wszystko zaczęło się na dworcu głównym (więcej…)